Kim będę?

 Synku! Córeczko!- co z Ciebie wyrośnie. Zastanawiali się rodzice. Nadszedł bowiem czas, kiedy dorosłe już dzieci kończyły szkołę podstawową. Stanęły więc na rozstajach dróg życiowych- i co dalej?

Dobrze, gdy dziecko wiedziało kim chce zostać i samo wybrało upatrzony zawód. Gorzej, gdy rodzice musieli dopomóc w wyborze zawodu. Ale ostatecznie coś tam zawsze z nich wyrosło. Oby byli życzliwymi i uczynnymi ludźmi oraz dobrymi fachowcami.

 Kandydata do zawodu można było już wypatrzeć w szkole. Dziewczynki chciały być piosenkarkami, a chłopcy strażakami. Ale te dziecięce zapędy wnet minęły i wszystko się okazało gdy dorośli. Na lekcjach prac ręcznych, widać było przyszłych stolarzy, ślusarzy, murarzy a wśród dziewcząt krawcowe i fryzjerki. Wiedzieli jak uchwycić młotek, śrubokręt albo piłkę. Dziewczynki doskonale radziły sobie z igłą lub grzebieniem i nożyczkami. I wiele dziecięcych marzeń się spełniło. Są dziś rzetelnymi i dobrymi fachowcami oraz majstrami, z których słynie Gmina Wijewo. Są tu niemal wszystkie podstawowe zawody rzemieślnicze.

 

Ale niektóre zawody dawno już wyginęły. Rzadkością są kowale. Zupełnie zniknęli kołodzieje (śtelmachy), bednarze i siodlarze oraz rymarze i tapicerzy. Mało jest krawców i krawcowych oraz szewców, którzy szyli miarowe garnitury (ubrania) i płaszcze oraz suknie łącznie ze ślubnymi. A jakie mocne i wygodne oraz szykowne były buty i trzewiki spod szewcowej ręki. Wszystko potem wyparły wielkie zakłady produkcyjne i „gotowizna” w dużych sklepach oraz „chińczyki” na targowych straganach.

Niektóre zawody były ciężkie. Inne lżejsze. Dlatego młodzież wybierała odpowiednie dla siebie. Ale niekiedy żałowano „małego kowalczyka”, który mozolnie miechem dmuchał i ciężkim młotem walił w rozgrzane żelazo na kowalskim kowadle. Podobnie było z uczniem murarskim. Całymi dniami w spiekocie stał na wysokim rusztowaniu i dźwigał ciężkie cegły. Nie lżej było ciesielskim adeptom. Jednak lżej było, gdy uczniowie z zamiłowaniem terminowali.

Uczniowie po wyzwoleniu się z okresu nauki stawali do egzaminu czeladniczego. A dopiero po kilkuletniej praktyce zawodowej mogli się ubiegać o tytuł mistrza (majstra). Naukę zawodu pobierało się praktycznie u majstra (mistrza). Natomiast po wiedzę ogólną i teoretyczną uczniowie jeździli do bardzo popularnej kiedyś Zasadniczej Szkoły Zawodowej we Wschowie. To wspaniała szkoła . Tam wyrosły pokolenia dobrych rzemieślników. Ale bywało, że po teorię zawodową jeździło się na kursy rzemieślnicze. Najczęściej do Zielonej Góry lub dalej, nawet bardzo daleko. Były czasy, kiedy ze „wschowskiej zawodówki” wychodzili gotowi stolarze, ślusarze, elektrycy, rymarze i krawcowe oraz inni. Często zdarzało się, że syn po ojcu fach odziedziczył i rodzinną firmę prowadził.

Ale została też garstka młodzieży, która po „podstawówce”- uczyła się dalej w szkołach średnich. Kiedyś było ich mniej, ale byli. I tu znowu najbardziej popularne było wschowskie Liceum Ogólnokształcące z ciągiem klas od VIII do XI.

Dawniej rzadkością bywały na wsi świadectwa maturalne a co dopiero dyplomy inżynierskie, magisterskie.

Jednak przedwojenna kronika breńska zanotowała po dwóch swoich lekarzy i księży. Szkoda, że po wojnie nie było kolejnych lekarzy. Ale za to sześciu księży przybyło, wielu nauczycieli, nie mało pielęgniarek i mnóstwo przeróżnych specjalistów wszelakich zawodów.

I tak mijały młodzieńcze lata, wypełnione ciągłą nauką, poświęceniem i wyrzeczeniem, a często i kłopotami. Ale za to każdy „kimś” został i swoje miejsce w życiu znalazł.

Stali się dumą i pociechą rodziców.

Kazimierz Wolniczak

 Fotografie:

1.Przedwojenny czeladnik stolarski

2.Uczeń rymarski wschowskiej „zawodówki”

3.Grono wschowskich licealistów z klasy IX w roku 1951

4.Klasa I wschowskiej „zawodówki” z roku 1978

 

 

 
Przeczytaj poprzedni wpis:
Po raz piąty popłynęli Odrą

 Jak ciekawie spędzić mroźną, ale słoneczną grudniową niedzielę? Można, jak nurkowie z całego regionu, popływać w Odrze. Można też wybrać...

Zamknij