szukaj w:
 
  Numer Wydania: 8/2010 Imieniny: Eligii, Irmy, Łukasza
  google.pl
  interia.pl
  Gmina Szlichtyngowa
  Gmina Sława
  Wschowa
  Powiat Wschowski
  lubuskie.pl
  Policja
  Straż Pożarna
Realizacja: www.tomryc.com
Majchrowski: Był w Gorzowie taki strajk

Majchrowski: Był w Gorzowie taki strajk...
Jan Majchrowski
2010-02-02, ostatnia aktualizacja 2010-02-02 13:07
Dziesięć lat temu gorzowski PKS był na oczach całej Polski. Spektakl dramatyczny: strajk. Stojące autobusy i stojący obok kierowcy. Wokół kilkudziesięciu policjantów, w pełnym rynsztunku - pisze Jan Majchrowski.
Majchrowski: Nie byłem pajacem w rękach polityków
Policjantów fotografowano i filmowano wtedy najchętniej, choć byli na miejscu tylko jeden dzień i nie podjęli żadnej interwencji. Dla niektórych właśnie oni mieli stać się dowodem krwiożerczości nowego wojewody, którego przysłano z Warszawy do Gorzowa, wbrew woli niektórych miejscowych baronów polityki i biznesu. A w Gorzowie wszystko od lat było tak pięknie poukładane... Po dziesięciu latach w pamięci przeciętnego widza pozostali zapewne tylko ci policjanci, transparent z napisem "Precz z dyktatorem!" (to o mnie) i jakieś mgliste przeświadczenie, że wojewoda Jan Majchrowski coś tam namieszał, bo przecież był strajk, a w Polsce - wiadomo: strajkujący, jak klient w sklepie, "zawsze ma rację". Warto więc tamten spektakl przypomnieć.
Dramatis personae
PPKS-y. Łakomy kąsek. Zwykle znaczny majątek, nieruchomości, tabor i licencje. Perspektywy rozwoju. Jedyna wada: to pierwsze "P" oznacza "państwowy", nie "prywatny". Co z tym zrobić? W trakcie prac nad reformą samorządową w roku 1998 padła propozycja: oddać PKS-y samorządom wojewódzkim. Lobby resortowe, i nie tylko resortowe, natychmiast zareagowało: Nie oddamy nawet opony. Toż to miliardowy majątek! Będzie więc prywatyzacja pełzająca, w każdym województwie z osobna. W lubuskim są dwa silne PKS-y: gorzowski i zielonogórski. W obu nowy wojewoda dokonał wymiany rad nadzorczych, żeby wiedzieć, co się w tych firmach rzeczywiście dzieje. W ten sposób w Gorzowie odszedł z rady Stanisław Żytkowski, adwokat i b. poseł UW, oraz Mirosław Marcinkiewicz, brat posła ZChN - Kazimierza. Odwołanie St. Żytkowskiego zbiegło się z żądaniem Unii odwołania wojewody, po tym, gdy ten nie ugiął się pod presją Unitów i nie przekazał swoim zastępcom (obu z UW) kompetencji w kwestii nadzoru nad lubuskimi przedsiębiorstwami państwowymi i ich prywatyzacją (63 firmy). M. Marcinkiewicz odchodził natomiast w związku z jego działalnością jako przewodniczący innej rady nadzorczej państwowej jednostki: Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska. Kiedy okazało się, że z Funduszu bezprawnie transferowano ogromne środki do prywatnego stowarzyszenia, ten sam Majchrowski doprowadził najpierw do odwołania M. Marcinkiewicza ze stanowiska Dyrektora Generalnego Urzędu Wojewódzkiego (LUW), a później z rady nadzorczej PKS. W tej sprawie sąd skazał później kilka płotek.

Mirosław wysłał wtedy gniewne pismo, w którym odmawiał udzielenia wojewodzie jakichkolwiek wyjaśnień na temat rozmów, które prowadził z ramienia rady nadzorczej PPKS w Ministerstwie Transportu. Utajnione przed wojewodą rozmowy dotyczyły zapewne przygotowania PPKS do prywatyzacji w drodze leasingu pracowniczego z udziałem "inwestora strategicznego". Odpowiednie pisma w tej sprawie przedłożył wojewodzie do podpisu p.o. dyrektora Wydziału Mienia Skarbu Państwa LUW Stanisław Berkowski - "odziedziczony" po wojewodzie Ostrouchu b. dyrektor gorzowskiego "Stilonu" z lat siedemdziesiątych, z doświadczeniem nie tylko w zarządzaniu, ale i pracy politycznej w wojewódzkiej egzekutywie PZPR. Pisma przeglądał doradca ds. ekonomicznych wojewody - Marek Rusakiewicz, b. poseł "Solidarności" z Gorzowa i więzień polityczny PRL, potem działacz gospodarczy. Nie widział przeszkód. Za to duże korzyści dla pracowników, kierowców PKS, którzy w ten sposób staną się właścicielami ich firmy. Wojewoda zdecydował się więc podpisać dokumenty. Rząd zgodził się na taką ścieżkę prywatyzacyjną. Proces prywatyzacji ruszył...

Do pracy w LUW przychodzą nowi ludzie. M.in. St. Berkowski ustępuje miejsca młodemu ekonomiście z Gorzowskiej Wyższej Szkoły Zawodowej Andrzejowi Nawojczykowi, zarazem komendantowi lubuskiej chorągwi ZHR. W Urzędzie da się on wkrótce poznać jako twardy, prawy i pryncypialny aż do bólu, zwłaszcza w trudnych kontaktach z wicewojewodą Marcinem Jabłońskim z UW. Pod jego przewodnictwem obraduje komisja konkursowa mająca wyłonić nowych zarządców obu lubuskich PKS-ów...

Powód? Z dniem 1 stycznia 2000 r. wygasają pięcioletnie kontrakty menedżerskie dotychczasowych zarządców: Franciszka Niedzieli z PPKS w Zielonej Górze i Krzysztofa Częstochowskiego z Gorzowa (wcześniej dyrektora, a w latach osiemdziesiątych kadrowca w tej firmie). Jego kontrakt menedżerski zawarto jeszcze za Zbigniewa Pusza, zetchaenowskiego wojewody, który ostał się za rządów SLD-PSL (później menedżera, w którego firmie dorabiał Kazimierz Marcinkiewicz, zapominając zresztą wpisać tych drobnych kilkudziesięciu tysięcy do oświadczenia majątkowego). Poprawności i konieczności organizacji takiego konkursu nikt wtedy nie podważa. Kandydatów jest jedenastu, w tym obaj dotychczasowi zarządcy, którzy chcą przedłużenia ich kontraktów. Nic dziwnego: wynagrodzenie zarządcy PPKS w Gorzowie to wówczas ponad 15 tys. zł miesięcznie plus udział w zyskach. Kilka razy więcej niż pensja wojewody. Ale w grę wchodzi jeszcze sprawa prywatyzacji....

Prolog

Ta sprawa staje się zasadniczą przeszkodą uniemożliwiającą K. Częstochowskiemu ponowne objęcie funkcji zarządcy gorzowskiego PKS. Członkowie komisji odrzucają jego ofertę, gdy stwierdzają, że do prywatyzacji przedsiębiorstwa szykuje się inwestor strategiczny w postaci jego małżonki. Wykłada 370 tys. zł, by objąć jedną piątą udziałów w spółce, która nabędzie własność całego przedsiębiorstwa i będzie za nie płaciła w ratach rozłożonych na wiele lat. Ile zapłaci? To zależy od wyceny, której dokona wyłoniona w osobnym przetargu firma rzeczoznawcza, a materiały do tej wyceny dostarczy przede wszystkim zarządca przedsiębiorstwa, czyli w intencji K. Częstochowskiego - on sam. Zresztą w świetle rocznych zysków gorzowskiego PPKS (w roku 1999 - ponad półtora mln zł) takie spłaty nie powinny być trudne.

Czy w procesie prywatyzacji zarządca państwowej firmy będzie należycie reprezentował interesy Skarbu Państwa, który mu zresztą za to słono płaci, a będzie nieczuły na interes nabywcy? Konflikt interesów jest oczywisty dla wojewody Majchrowskiego i dla premiera Buzka, którego stanowisko z trybuny Sejmu przedstawi m.in. Płoskonka: "Racje stojące za działaniami wojewody są oczywiste. Pan Krzysztof Częstochowski jest żywotnie zainteresowany udziałem w prywatyzacji zarządzanego przedsiębiorstwa jako współinwestor. Konieczne było przekazanie zarządu przedsiębiorstwa innej osobie w okresie poprzedzającym prywatyzację. Dodatkowym argumentem była forma prywatyzacji, zakładająca tryb niepubliczny. Sposób przeprowadzenia zmian na stanowisku zarządcy PPKS w Gorzowie Wlkp. był zgodny z przepisami ustawy".
Jednocześnie wychodzi na jaw podział udziałów w spółce pracowniczej, zawiązanej tuż przed rozstrzygnięciem konkursu, która ma sprywatyzować gorzowski PPKS na zasadzie leasingu pracowniczego. Okazuje się, że dla 10 osób, przede wszystkim dotychczasowej kadry kierowniczej, przypadło... blisko 45 proc. wszystkich udziałów. Dla pozostałych 500 osób, przede wszystkim kierowców, w sumie ok. 55 proc. udziałów. Ma to więc być raczej leasing "kierowniczy" niż "pracowniczy". Ale kierowcy nie rozumieją, że oznacza to w rzeczywistości ich całkowite ubezwłasnowolnienie...
Akt I
Teraz relacja będzie bardziej osobista... Jest ostatni dzień 1999 r. Wschowa. Odbieram tytuł honorowego obywatela miasta. Wyjątkowa atmosfera. Dzwoni komórka. W PKS w Zielonej Górze radość, chociaż tam zarządcą został człowiek z Gorzowa, p. Dwojewski. Zielonogórzanom to nie przeszkadza, cieszą się ze zmiany zarządcy. Tamtejsza Solidarność" wydaje oświadczenie, że "popiera działania Wojewody Lubuskiego...". Natomiast w Gorzowie, gdzie zarządcą został Włodzimierz Popiołek, b. dyrektor MZK w Radomiu - ktoś wyraźnie się wściekł. Kilkanaście autobusów blokuje ulicę przed Urzędem Wojewódzkim. Konkurs był zły. Byłby dobry, ale pod warunkiem, że wygra go ten, kto wiadomo, że powinien. Tylko "Solidarność" z gorzowskiego PKS "przyjmuje ze zrozumieniem" rezultaty konkursu. Do czasu. Przewodniczący Komisji Zakładowej "S" Franciszek Szeliga, jak i kilku jego kolegów, zostanie wkrótce zaszczuty, pozbawiony stanowiska i pracy. Ale tymczasem jest przecież slwester. W takim dniu ludzie chcą się raczej bawić niż protestować. Autobusy się rozjeżdżają. W. Popiołek obejmuje swoje nowe miejsce pracy. Jednak kilku tamtejszych działaczy "Solidarności" ostrzega go, że będzie jakaś akcja przeciwko niemu. Niech uważa. Przezornie wynajmuje ochroniarzy...
Noc z niedzieli na poniedziałek, 3 stycznia 2000 r. Kilka minut przed pierwszą w nocy budzi mnie telefon. W słuchawce zdenerwowany głos nowego zarządcy. Jest szturm na PKS! W kilkudziesięciu wyłamali drzwi, wtargnęli do środka, chcą go wyciągnąć siłą na zewnątrz. Ochrona może nie dać rady... Budzę natychmiast Komendanta Wojewódzkiego Policji Leszka Szredera (za następnego rządu SLD-PSL, już jako generał został Komendantem Głównym Policji). Przedstawiam sytuację i wydaję polecenie niezwłocznego przywrócenia stanu zgodnego z prawem w gorzowskim PKS. Telefonicznie. Obiecuję, że polecenie takie dostarczę mu jak najszybciej na piśmie. Ale Policja zadziałać ma już teraz. I rzeczywiście, w PKS zjawiły się w nocy ze dwa radiowozy. Przyjechały i pojechały. Interwencji właściwie nie było. "Szturmowcy" zrezygnowali z "wywożenia na taczkach", ale zajęli budynki. Komendant informuje, że ma za małe siły i zdecydował się na ściągnięcie ludzi z Zielonej Góry, co jednak potrwa do rana.

Rano w PKS policji było już pełno. Ale pełno było też kierowców. Ostatecznie to poniedziałek rano. Ludzie przyszli do pracy. Zostali na strajku. Nikt nie chce się przyznać do jego organizacji. Żaden związek zawodowy. Strajk jest "dziki", ewidentnie nielegalny. Żądanie jedno - prywatyzacja z Częstochowskim. Zresztą w PKS zjawili się nie tylko pracownicy. Jest sam Krzysztof Częstochowski. O siódmej rano pojawia się pos. SLD Jan Kochanowski i działacz związkowy "Solidarności", poseł AWS Roman Rutkowski. Rozmawiają z protestującymi. Przed jedenastą, policja melduje gotowość do siłowego odblokowania zakładu. Dzwoni R. Rutkowski. Prosi mnie, by nie używać siły. Obiecuje, że doprowadzi do rozmów w celu zawieszenia strajku. Z jednej strony wiem, że opóźnianie (i tak już spóźnionej) interwencji pogorszy jeszcze sytuację, a na postulat przywrócenia Częstochowskiego nie zgodzę się nigdy, bo nie mogę. Z drugiej strony użycie siły, już nie tylko przeciwko nocnym "szturmowcom", ale przeciwko zwykłym kierowcom, którzy w poczuciu solidarności włączyli się w tę akcję, wydaje mi się jakieś nie fair. Waham się. "Nie wolno się wahać, kiedy się jest przedstawicielem rządu w terenie" - tak skrytykował mnie szef klubu parlamentarnego UW pos. Wierchowicz. Jego zdaniem po krótkich mediacjach należało użyć siły policyjnej. Tyle że jego słowa odnosiły się do chłopów blokujących rok wcześniej granicę w Świecku. Teraz już tak nie powie. Teraz chodzi o... No właśnie, o co chodzi? O wolę kierowców, czy o niezły interes prywatyzacyjny? A może jeszcze o coś?
Wstrzymuję interwencję policji. Racjonalnie oceniając sytuację wiem, że popełniam błąd, ale nie kieruję się tylko chłodną kalkulacją. Będą rozmowy w LUW. Do organizacji strajku dalej nikt się nie przyznaje. Formalnie nie ma przedstawicieli strajkujących. Są natomiast przedstawiciele wszystkich trzech związków z gorzowskiego PKS, posłowie i zarządcy: obecny i były. Przedstawiam racje, dla których K. Częstochowski nie mógł ponownie zostać zarządcą PPKS. Proszę o poparcie apelu do załogi o przerwanie protestu. K. Częstochowski odmawia. Dalej chce być zarządcą przedsiębiorstwa, a potem jego współnabywcą. Poseł J. Kochanowski uśmiecha się i wtrąca z przekąsem, że ten strajk to problem polityczny będący "w zasadzie wewnętrzną sprawą koalicji". Robię zdziwioną minę. Poseł SLD wyjaśnia: "Przecież pan Częstochowski jest członkiem Unii Wolności". "Czy to prawda?", pytam. Krzysztof Częstochowski potwierdza.
Kilka godzin później przewodniczący lubuskiej UW pos. Czesław Fiedorowicz na konferencji prasowej ponawia wniosek o moje odwołanie z funkcji wojewody. Mocna ekipa Unitów jedzie do PKS-u. Będą tam już do końca strajku. Cz. Fiedorowicz usiłuje nakłonić zwycięzcę konkursu W. Popiołka, by zrezygnował. Ot, tak.
Zapadła noc. Okupujący PKS dostają mój krótki apel z wyjaśnieniem sytuacji. Reakcji brak. Policja czeka na rozkaz do interwencji. Na miejscu jest prokurator. Na prośbę policji wydaje opinię o zgodności z prawem ewentualnego użycia siły. Komendant Szreder ponownie melduje o pełnej gotowości. Na moje pytania dwukrotnie zapewnia, że żaden z policjantów nie ma przy sobie ostrej amunicji. Prosi o ostateczną decyzję. Nie chcę jej podjąć bez osobistej wizji lokalnej. Nakazuję wstrzymać interwencję do odwołania. Informacja idzie telefonogramem do premiera. Decyduję się jechać wprost do PKS-u. Jest 21.35.
Komórka. Dzwoni pos. Mirosław Styczeń: "Niech pan uważa. Wierchowicz z Marcinkiewiczem >wiszą< nad premierem, żeby pana odwołać". Półtora roku później dostałem do ręki pośredni dowód, w postaci "wniosku" K. Marcinkiewicza o moje odwołanie. Mimo że był datowany na 31 grudnia, już wtedy była w nim mowa o strajku w gorzowskim PKS.
Dzwonię do premiera. Jakaś blokada. Nie chcą mnie połączyć. W takiej chwili! Premier rzekomo zajęty... Czyżby to była "zasługa" ówczesnego szefa doradców premiera - K. Marcinkiewicza? Ale jest dobry kontakt z min. Biernackim, szefem MSWiA. Marek Biernacki proponuje, że w ciągu trzech dni bezstronnie zbada skargę na moje działania i zdecyduje czy Częstochowski wraca, czy nie. To jest sensowna propozycja. Ale tylko propozycja: "Pan sam podejmuje wszelkie decyzje".

Ciemność rozjaśniona punktowymi lampami na śniegu. Na tle czarne sylwetki ludzi. Sceneria niesamowita. Napięcie po obu stronach. Ciżba ludzi przed budynkiem. Złowrogi pomruk: "Woojeewoodaa!". Wchodzę w tłum. Nie powiem, była obawa. Mogło być różnie. Zaskoczony tłum rozstępuje się. Wchodzę do budynku. Kogóż tam nie ma? Posłowie koalicji i opozycji, prałat, były zarządca, działacze partyjni... "A co panowie tu robicie? Do widzenia. Ja chcę rozmawiać tylko z załogą". Konsternacja. Pierwszy poderwał się purpurowy ze złości prałat. Bardzo zasłużony człowiek. Tylko przyzwyczaił się, że każdy mu czapkuje. Pamiętam, jak na pierwszym naszym spotkaniu zadał mi pytanie: "Dlaczego Janusz Dreczka (bliski współpracownik K. Marcinkiewicza) nie został jeszcze dyrektorem wydziału w Urzędzie Wojewódzkim?". Wtedy zbaraniałem i odpowiedziałem coś od rzeczy. Potem pomyślałem, że powinienem się spytać, dlaczego X nie został jeszcze u niego organistą?". (Prałat odprawiał potem msze św. w PKS - zupełnie jakby to była Stocznia Gdańska. Szkoda tylko, że tu chodziło o coś zupełnie innego niż w Stoczni...).
Przedstawiam, propozycję min. Biernackiego. Potwierdzam, że będzie prywatyzacja pracownicza. Obiecuję bezwarunkowo, że nie będzie interwencji policji. Proszę jednak o przerwanie strajku. Dwie godziny później dostaję odpowiedź, że zgadzają się na rozstrzygnięcia Biernackiego, ale do tego czasu strajk trwa. Policja odjeżdża.
Akt II
Po trzech dniach min. Biernacki, w obszernym piśmie, popartym przytoczonymi przepisami i orzecznictwem Sądu Najwyższego, przyznaje mi rację. A więc koniec? A gdzie tam! Częstochowski uznaje, że to "stanowisko polityczne".
Strajk trwa. Potrwa do 17 stycznia. Pojawia się już reprezentacja załogi. Swoją drogą mało aktywna w negocjacjach. Znacznie więcej mówi np. mec. St. Żytkowski, niedawny przedstawiciel Skarbu Państwa w radzie nadzorczej PPKS, dziś już po stronie protestujących. Postulat? Coś w rodzaju "Częstochowski o muerte".
Kolejne dni strasznie mozolnych codziennych negocjacji. Z początku moja Dyrektor Generalna Helena Hatka, potem już ciągle ja. Pojawiają się ciągle nowe postulaty. Dotyczą np. sposobu wyceny przedsiębiorstwa. Czym bardziej ustępuję, tym ich więcej. Przewodniczący RN PPKS T. Kruk mówi, że ma wrażenie, iż tu się negocjuje już warunki kupna przedsiębiorstwa przez spółkę. Na powrót Częstochowskiego jako zarządcy zgodzić się jednak nie mogę. Pod koniec tygodnia sekretarka łączy jakiś telefon, rzekomo od ogólnopolskiego szefa "Solidarności" transportowców. Przedstawia się Tadeusz Chwastek. Mówi, że chce mi pomóc i uda mu się zakończyć strajk, bo jego patron to św. Tadeusz Juda. Żebym mu powierzył negocjacje. Cóż, różni ludzie już do mnie dzwonili... Kiedy odmawiam, T. Chwastek wpada w złość. Rzuca słowem na literkę "k". Nie bardzo mi to pasuje do inwokacji o świętym Tadeuszu, więc kończę rozmowę. Jakież było moje zdziwienie, gdy już w następnej turze negocjacji po stronie strajkujących objawił się... Tadeusz Chwastek. Okazał się najbardziej bezwzględnym i agresywnym "negocjatorem". Negocjatorzy w gabinecie są zresztą na ogół spokojni, choć nieustępliwi. Stawką jest przedsiębiorstwo warte wówczas przynajmniej 14 mln.

Na zewnątrz kierowcy. Znamy się już coraz lepiej. Znikła dawna niechęć. Mówimy sobie "dzień dobry", podajemy rękę, rozmawiamy w czasie przerwy. Należy się im uznanie za wytrwałość. Choć jest to wytrwałość w działaniu przeciwko sobie. Bardzo chcą, żeby to już się skończyło, ale zrobią co im każe "kierownictwo". Zaczynam orientować się, że gdybym negocjował z nimi, strajk dawno by się już skończył. Proponuję, by nasze negocjacje toczone w zamkniętej sali PKS były nagłośnione przez radiowęzeł czy megafon. Niech ludzie słyszą, co tu się dzieje. Ale "kierownictwo" nie wyraża zgody.

Już jedenasty stycznia. Postanawiam chwycić się ostatecznego sposobu. Zwrócę się bezpośrednio do kierowców, pomijając tę garstkę, która ma tu władzę nad ludźmi i w dziesięć osób objęła blisko połowę udziałów spółki "pracowniczej". Ale najpierw rozmawiam z p. Popiołkiem. Szara ze zmęczenia twarz. Przez ostatni tydzień postarzał się o kilka lat. Dla dobra sprawy gotów jest ustąpić. Potem się okaże, że nawet to nie uchroni go od zemsty.

Przyjeżdżam w nocy do PKS. Stojąc na schodach odczytuję ludziom moją propozycję porozumienia. Punkt po punkcie. Ludzie słuchają w skupieniu. Uzyskali wszystko, co chcieli. W. Popiołek odejdzie, zastąpi go ktoś, kogo wskażę sam, ale uwzględniając ich opinię. Kiedy skończyłem, wybucha owacja. Zgoda! Zgoda!

Dwie godziny później ktoś z "kierownictwa" komunikuje, że zgody nie ma. Są natomiast nowe postulaty: "Wojewoda zobowiąże się do niekwestionowania Krystyny i Krzysztofa Częstochowskich jako inwestorów zewnętrznych w spółce pracowniczej". A nowym zarządcą ma zostać któryś z zastępców K. Częstochowskiego. Bez komentarza. Mimo wszystko chcę negocjować i te punkty. Ale słyszę, że nie ma zgody na negocjacje "bez naszego prawnika".

"Ale o co chodzi?" pyta wielkimi literami Artur Brykner w "Gazecie Wyborczej". Słusznie. Przecież spełniłem wszystkie możliwe do spełnienia postulaty. Chodzi wyraźnie o coś jeszcze.

Strajk się przedłuża, Marcinkiewicz i lubuska UW od dawna domagają się mojej dymisji, a SLD zaciera ręce. AWS konsekwentnie mnie popiera. Ale teraz będzie Rada Regionalna AWS poświęcona tej sprawie. Jadę. Pos. Rutkowski mówi: "Wojewoda broni interesu Skarbu Państwa bardzo mocno, ale jest też interes polityczny AWS i nie powinien ten pierwszy przesłaniać drugiego". Charakterystyczne. Podchodzi jeszcze Jarosław Barańczak (były wojewoda zielonogórski). Szczerze radzi, żebym odpuścił. Usiłuje dać mi coś do zrozumienia.

W tym czasie były też telefony z Warszawy. Kolejny od min. Biernackiego, który bardzo wspierał mnie w tym konflikcie i jedyny od wicepremiera Longina Komołowskiego. Chodzi o to samo. Mam zaproponować na zarządcę Andrzeja Lisieckiego. Protestujący to zaakceptują i strajk się skończy. Biernacki tłumaczy, że w ten sposób to ja wyjdę na zwycięzcę. Tyle że ja nic nie wiem o p. Lisieckim, oprócz tego, że należy do UW. Ma być więc tak, jak z powoływaniem wicewojewodów. Minister, wówczas Janusz Tomaszewski, dawał nazwisko, a ja miałem formalnie wnioskować. Wtedy długo się opierałem, ale uległem. Teraz nie zamierzam firmować jakichś nieznanych mi uzgodnień. Komołowskiemu odpowiadam, że tego nie zrobię i bezczelnie dodaję, że w Gorzowie to nie on jest wojewodą. "Musicie sobie znaleźć nowego wojewodę" - kończę. Zdaję sobie sprawę z konsekwencji. Nie po to jednak walczyłem przez bite dwa tygodnie, żeby przegrać udając, że wygrałem. Miałbym do siebie wstręt. Wolę przegrać tak po prostu...

W PKS Chwastkowi puszczają nerwy. Żąda, żebym podał nazwisko nowego zarządcy do zaakceptowania. "A jak nie, to za 15 minut zablokujemy miasto". Chyba spodziewa się, że padnie to konkretne nazwisko. Nie doczeka się. Nie będę negocjował pod groźbą. Chwastek wycofuje się ze swoich 15 minut. Ale rano autobusy blokują Gorzów. Min. Biernacki dzwoni: "Nie posłuchał się mnie pan i pan przegrał". Przychodzi fax. Przewodniczący lubuskiego AWS, pos. Maciej Jankowski zwołał za kilka godzin Radę Regionalną. Tylko jeden punkt: "Wotum nieufności dla wojewody". W ciągu tej jednej doby wiele się widać zmieniło. W gruncie rzeczy to nieco kabaretowe. Miejscowi posłowie, związkowcy i działacze uważają, że to oni, a nie premier, są władni odwoływać wojewodę. Ale tak właśnie to działa. Nie tylko za rządów AWS-UW.
Mam jeszcze czas, żeby przekazać do UOP materiały, które otrzymałem z różnych źródeł. Gorzowski PPKS jawi się jako element pewnej całości. Informuję o tym na konferencji prasowej. Później Szef Delegatury UOP mjr U. napisze do mnie: "Według naszej opinii wymuszanie na Panu Wojewodzie podjęcia określonych decyzji w sprawie wyboru formy prawnej prywatyzacji i przywrócenia osoby zwolnionej ze stanowiska dyrektora jest głęboko niesłuszne. Zasadnym bowiem było wskazanie, że dyrektor prywatyzowanego przedsiębiorstwa nie może być jednocześnie głównym akcjonariuszem spółki mającej objąć majątek przedsiębiorstwa".
Epilog
Bronisław Żurawiecki, nestor gorzowskiej "Solidarności" czyta wniosek o moje odwołanie. Na koniec dodaje głośno, z westchnieniem: "Bóg nas osądzi...". Robi się jakaś przygnębiająca atmosfera. Głosowanie jest tylko formalnością. Wszystko ustalono już wcześniej. Ale każdy czuje, że stało się coś ważnego.
Wracam do domu. To już koniec. Spodziewam się, że w ciągu kilku dni przyjdzie odwołanie od premiera. Później okazało się, że nie wzięto pod uwagę tylko jednego: premiera, który nie chciał mnie odwołać. Bardzo szczerze przedstawił mi później swoją trudną sytuację. Ale to już inna historia.
Następnego dnia jest sobota. Mam grypę. Musiałem zarazić się w PKS-ie, gdzie też byli chorzy. Przyjechał lekarz. Wypisał receptę i zwolnienie lekarskie. Poprosiłem, żeby tylko na weekend. Dyrektor Gabinetu P. Trębicki, z mojego polecenia okaże je I wicewojewodzie Jabłońskiemu bez słowa. Ten już wie, że tym samym ma pełnię władzy. Natychmiast jedzie do PKS i podpisuje porozumienie kończące strajk. Wszystko to, co wynegocjowałem plus powołanie nowego zarządcy, który będzie prowadził firmę w trakcie prywatyzacji. Czy muszę dodawać, że został nim A. Lisiecki?
Potem był jeszcze ostry bój z wicewojewodą M. Jabłońskim o sam proces prywatyzacji gorzowskiego PPKS. Szło głównie o wycenę przedsiębiorstwa. Po moim odwołaniu ujawniono ją nabywcom, potem jeszcze skorygowano w dół, choć min. Skarbu Aldona Kamela-Sowińska twierdziła wcześniej, że to niedopuszczalne. Była w tej sprawie nawet interpelacja sen. A. Glapińskiego. PKS sprzedano.
Gdy opadła kurtyna...
Pół roku po strajku jechałem autobusem PKS z Gorzowa do Zielonej Góry. Na dworcu poznali mnie kierowcy. Zdziwili się. Powiedziałem żartem: "Przejechałem się na PKS-ie, to teraz mogę się przejechać PKS-em". Jeden z nich odpowiedział, zniżając głos: "Kto wie, kto się na tym bardziej przejechał. Pan, czy my". Cztery lata później "Gazeta Lubuska" cytowała kierowców już "ich" PKS-u: "Ja i wielu moich kolegów jesteśmy przekonani, że zrobiliśmy błąd, strajkując na polecenie kierownictwa. Za błędy się płaci". W ciągu czterech lat po prywatyzacji w PKS przestało pracować 146 osób. K. Częstochowski skupuje udziały pracowników. Rok później "Gazeta Wyborcza" donosiła o oskarżeniach prywatnych przewoźników o wypychanie ich z rynku przez gorzowski PKS i o monopolistyczne praktyki. Przeciwko PKS wystąpił wówczas prezes UOKiK-u.
Minęło znów kilka lat. Gorzowski PKS ma się dobrze. Co roku generuje zyski idące w kilka milionów złotych. Jeszcze lepiej ma się jego prezes - Krzysztof Częstochowski oczywiście. Ważna figura polskiego biznesu. Przewodniczący Rady Nadzorczej Polskiej Izby Gospodarki Transportu Samochodowego. Kawaler licznych odznaczeń państwowych. Najwyższe - Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski "za wybitne zasługi dla rozwoju gospodarki narodowej" nadał mu właśnie Prezydent RP Lech Kaczyński. Jest przecież powiedziane: "Każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie". A dla kierowców pozostaje zawsze zwyczajowe: "Szerokiej drogi!"
* Jan Majchrowski doktor prawa, pracuje na Uniwersytecie Warszawskim. W 1998 r. odpowiadał za tworzenie województwa lubuskiego. Potem był pierwszym wojewodą. Odwołano go po roku
Źródło: Gazeta Wyborcza Gorzów
foto: Marek Chwistek

Galeria zdjęć...

Powrót...

Policja zanotowała
Strażackie interwencje
Dożynki w Dębowej Łęce
Dożynki w Łysinach
Festyn w Starych Drzewcach
Na grzyby do lasu!
Malowanie pasów z humorem!
wrzesień-październik 2010 - STARA I NOWA WSCHOWA – PRZESTRZEŃ NA POGRANICZU ŚWIATÓW
październik 2010 - SESJA NAUKOWA: „WSCHOWA W CZASACH SASKICH”
listopad-grudzień 2010 - JÓZEF MEHOFFER – JEGO TURKOWSKIE DZIEŁA
Dożynki Gminne Konradowo
Dożynki Powiatowe Wyszanów