 Mieszka we Wschowie kobieta, która jest już tylko jedną z czterech osób Lubuskiego Klubu Tajnego Nauczania. Minęło 70 lat od czasu, kiedy 18 letniej Władysławie Czarkowskiej zaproponowano pracę w szkole. Swoje wspomnienia pani Władysława spisała na kartkach, a my będziemy mogli dzięki Niej się dowiedzieć jak było śledząc stronice gazety „Słowo Ziemi Wschowskiej”. Dziś prezentujemy III ostatnią część spotkań z prawdziwą historią ... .
Nowa Huta- mała, zaniedbana gospodarczo i kulturalnie wioseczka licząca 16 gospodarstw była położona w odległości 3km od byłej granicy polsko- radzieckiej. Mieszkańcy byli bardzo ubodzy i zacofani. Zapowiadało się, że warunki bytowe będą bardzo trudne. W szkole mieszkała wraz ze mną woźna Weronika i dzięki temu było nam razem raźniej. Rodzice dzieci mieli dobre serca. Pomimo swego ubóstwa chcieli nam pomóc. Sumienie mi jednak nie pozwalało cokolwiek od nich przyjąć. Z uwagi na to, że sami z trudnością żywili swoje rodziny, zwłaszcza na przednówku było im bardzo ciężko. Wspólnie z woźną Weroniką, która była bardzo pracowita, zaradna i zdrowa uprawiałyśmy warzywa, sadziłyśmy ziemniaki, gdyż do koszar przylegał duży ogród warzywny. Hodowałyśmy świnki, króliki i drób. Poza tym Weronika chodziła do pobliskiej zamożnej wsi i pomagała gospodarzom, za co otrzymywała wynagrodzenie w naturze. Opału na zimę miałyśmy pod dostatkiem, bo wojsko pozostawiło duże zapasy już porąbanego drzewa. Mądre przysłowie mówi, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Dozgonną wdzięczność wyrażam swojej serdecznej koleżance z ławy szkolnej, Julii, która okazała nam dużą pomoc materialną i duchową na przetrwanie jakże trudnych dni. Julia pracowała w sąsiedniej dużej i zamożnej wsi Lewacze jako nauczycielka. Była wesoła, energiczna i pełna życia, potrafiła pracować z młodzieżą. Muzycznie uzdolniona, grała na wszystkich instrumentach smyczkowych. Prowadziła chór młodzieżowy i małą orkiestrę smyczkową. Orkiestra często grała na weselach. Za naukę członkowie orkiestry płacili Julii produktami żywnościowymi. Julia dzieliła się ze mną otrzymaną żywnością. Pomagali mi również w miarę swoich możliwości ksiądz i organista z kościoła w Lewaczach, za co jestem im niezmiernie wdzięczna. Niedziele spędzałam wspólnie z Julią. Pewnego dnia, a było to w poniedziałek rano, jak zwykle wracałam z Lewacz do domu. Przy wejściu do wsi zatrzymał mnie uzbrojony partyzant radziecki, który stał na warcie. Okazało się, że w tym dniu odpoczywali oni w tej właśnie wsi. Dowódca ostro mnie potraktował, twierdził że wracam ze spotkania z Niemcami i jestem ich szpiegiem. Przesłuchiwał w tej sprawie gospodarza, Weronikę i jeszcze kilka osób, mieszkańców Nowej Huty. Do wieczora siedziałam pod ochroną straży, aż do opuszczenia wsi przez partyzantów.
Tak wegetowałam do 1944 roku. W roku 1944 partyzanci polscy i radzieccy opuszczali te tereny. Zaczynało się robić gorąco. Grasowały bandy ukraińskie. W jednym z oddziałów polskich partyzantów stacjonujących w pobliżu Nowej Huty było dwóch moich kolegów nauczycieli. Dzięki partyzantom przedostałam się do najbliższego miasta, gdzie było bezpieczniej.
Ku naszej ogromnej uldze początek 1945 roku przyniósł dobre wieści z pól bitewnych w całej Europie. Teraz już nikt nie miał wątpliwości, kto ją wygra. Była to tylko kwestia czasu. Wiosną wraz z całym krajem żyłam nadzieją i wreszcie 7 maja 1945 roku Niemcy skapitulowały i nagle wojna w Europie dobiegła końca. Nadeszła wreszcie z taką tęsknotą wyczekiwana przez naród chwila, kiedy butni Niemcy przegrali wojnę. Z wielką radością śledziliśmy jak terrorystyczne władze faszystowskie opuszczają okupowaną uciśnioną naszą ojczyznę. Wojska niemieckie zaczęły się wycofywać do swojego kraju. Podczas odwrotu w potyczce z partyzantami Niemcy spalili nasze miasto, Ludwipol. Rodzinie mojej ledwie udało się ujść z życiem, z czego się ogromnie cieszyłam. Pomimo tego, że straciliśmy dom i całe mienie to jednak był dorobek całego naszego życia.
W rodzinie mojej nie obeszło się bez ofiar. Ukraińcy zamordowali mojego brata, wujka i dziadka. Z Kostopola wyjechałam do Lwowa ze Lwowa do Łowicza a stamtąd do Inowrocławia. Po zakończeniu wojny wyjechałam na zachód i zamieszkałam we wsi Gaworzyce, gdzie podjęłam pracę w siedmio- klasowej szkole podstawowej. Nareszcie skończyło się moje życie bezdomnej tułaczki. W 1951 roku wyszłam za mąż i przyjechałam do Wschowy, gdzie mieszkał mój Śp. Mąż. Od 1951 do 1958 roku byłam zatrudniona w wydziale oświaty w referacie przedszkoli. W 1958 roku nastąpiła redukcja etatów w wydziałach oświaty, od 3 do 5 etatów. Zlikwidowano referaty przedszkoli, a nadzór nad nimi przejęli wizytatorzy klas 1-4. Zostałam przeniesiona na stanowisko kierowniczki Państwowego Przedszkola nr 1 we Wschowie, gdzie przepracowałam 20 lat- do przejścia na emeryturę.
Pod zaborami rosyjskim i niemieckim usiłowano mnie 4 razy zgwałcić. Za każdym razem ktoś dobry, dzielny i odważny przyszedł mi z pomocą i ocalił mnie. Sześć razy narażałam swoje życie, wisiało ono na przysłowiowym „włosku”. Opatrzność Boża czuwała jednak nad moim nędznym życiem. Wyszłam obronną ręką ze wszystkich zagrożeń i opałów. Pewnego wieczoru w marcu przechodziłam wracając z konferencji po zamarzniętej rzece Słucz na przeciwną stronę, gdzie czekał woźnica, który przywiózł mnie na konferencję. Było bardzo ciemno, przy brzegu przechodząc przez oblodzoną kładkę pośliznęłam się i wpadłam do wody, trzymając się kurczowo kładki zaczęłam głośno krzyczeć, wzywając pomocy. Zdawało się, że nie ma ratunku. W pobliżu nikogo nie było. Nagle zjawił się jakiś silny mężczyzna i uratował mnie. Nie powiedział ani słowa Zniknął nagle tak jak się zjawił. Byłam w szoku. Nawet mu nie podziękowałam. Wróciłam mokra do domu, woźnica nie doczekał się i odjechał.
I tak kończą się wspomnienia spisane przez Panią Władysławę Czarkowską, wspomnienia które pozwoliły poznać nam historię tych strasznych dni.
Leokadia Łopusiewicz
|